sobota, 13 lutego 2016

Rozdział LIII: "Moja Droga, Kochana Anno"

Z perspektywy Irissy
     Moje życie to ciągła praca. Na szczęście ta praca jest też przyjemnością, bo uwielbiałam gdy moje płuca wypełniała dusząca woń ziół. Kochałam zapach lawendy i polnych kwiatów, które często służyły mi jako składnik olejków do kąpieli. Teraz, kiedy szklarnia była prawie gotowa, nie musiałam ciągle zawracać Anastazji głowy. Z Roszpunką rozmawiałyśmy tylko i wyłącznie o tym projekcie. Co rusz  znajdywałam nowe rośliny, które powinny się tam znaleźć i wyruszałam po sadzonki. Aro często mi pomagał, przez co wycieczki stawały się jeszcze milsze. Blondyn potrafił zasypywać mnie ciekawostkami na temat zwierząt, a ja słuchałam tych zadziwiających faktów z szeroko otwartymi oczami. Nie byłam w stanie pojąć jak tak ogromna ilość informacji może się pomieścić w jego głowie.
W każdym razie chłopak często mi towarzyszył, zarówno gdy gdzieś wyjeżdżałam, jak i wtedy, gdy siedziałam w bazie i po prostu robiłam eliksiry.
     -Hej, co robisz?- do pokoju wszedł Aro i zamknął za sobą delikatnie drzwi.
-Hej. Podaj mi tamto długie z białymi kwiatami- rozkazałam zerkając na chłopaka.
-To? – zapytał wskazując wiszącą na ścianie do góry nogami roślinę.
Uniosłam wzrok na ułamek sekundy i kiwnęłam ledwo widocznie głową.
-Co robisz? – zapytał kładąc na stolik przy którym stałam suszoną roślinę.
-Eliksir. – odpowiedziała mi cisza, więc postanowiłam sprecyzować- Na zamianę w dowolne zwierzę. Baza do tego eliksiru to mikstura na wykrywanie miłości.
-Na wykrywanie miłości? – zdziwił się chłopak – jak to działa?
-Emm... Zawartość kociołka zabarwia się na różowo gdy w pobliżu znajduje się zakochana osoba.
-Mmmm- blondyn uśmiechnął się zawadiacko.
-Tak:, „mmm”, ale jak zrobi się różowy to już jako baza się nie nadaje. I dlatego zazwyczaj młodzi robią takie rzeczy.
Mieszałam drewnianą łyżką w małym kociołku obserwując kurz szybujący w pomieszczeniu, który obnażały promienie słoneczne wkradające się przez okna. Zerknęłam kontem oka na zakurzoną, starą księgę przesiąkniętą zapachem ziół i kwiatów. Odwróciłam się i zaczęłam szukać na półkach, na których prócz fiolek leżał też kurz i szczątki roślin, odpowiedniego płynu. W końcu złapałam małą buteleczkę o podstawie kwadratu z fioletowym płynem i dolałam go do kociołka. Zawartość buchnęła kłębem fioletowej pary.
-Jak ogród? – zapytał blondyn.
-Dobrze, prawie skończony. Luna wpadła na pomysł, żeby postawić tam ławki. Rozumiesz? Będzie przepięknie, a śnieg będzie pruszył na zewnątrz – uśmiechnęłam się ciepło unosząc ramiona okryte szarawym swetrem.
-Faktycznie będzie cudnie, ludzie będą się tam umawiać na randki- chłopak puścił mi oczko.
-Mhm, zatrudnijmy jeszcze skrzypka i załóżmy mini restaurację...
Zaśmieliśmy się cicho.
Ściągnęłam brwi. Aro widząc moją minę ciekawie podszedł do stołu.  Płyn w kociołku zaczął jakoś dziwnie bulgotać, a po chwili stopniowo przybrał różowy kolor. Moje policzki poczerwieniały od złości.
-Coś ty narobił?!- wbiłam w blondyna ostry wzrok.
-Ja?- zapytał zaskoczony.
-Tak, ty! Ślepy jesteś?! Baza zmieniła kolor, do niczego się nie nadaje!!!
-A – ale...
-Zamknij się i wyjdź, bo przez twoje amory muszę zacząć od początku!!!
Aro jeszcze otworzył buzię, żeby coś powiedzieć, ale szybko zrezygnował i złączył usta. Stał tak chwilę jakby coś analizując i po chwili wyszedł.
-Świetnie... – mruknęłam do siebie.

Z perspektywy Anny
      Wstałam, jak zwykle, założyłam sukienkę i rozczesałam włosy, które sięgały mi już do pasa. Wyszłam w stronę jadalni i zasiadłam przy stole, a wokół mnie zaczęła krzątać się służba i przynosić mi śniadanie. W pomieszczeniu panowała lekka, miła atmosfera. Jedynie szare niebo za oknem chciało ją na siłę obciążyć. Na śniadanie była jajecznica ze szczypiorkiem oraz ciepła herbatka, a potem kawałek szarlotki. Zjadłam wszystko bardzo powoli i zastanawiałam się co się dzieje z Elsą. Od czasu gdy Jack przyjechał do pałacu wolałam nie wtrącać się w ich prywatne sprawy. Czasami widziałam jak Jack siedzi pod drzwiami Elsy albo ktoś przynosi mu jedzenie. Ale rzadko kiedy widziałam moją siostrę. Jakby zniknęła, a Jack gadał do ściany.
Wstałam od stołu dziękując za posiłek i wróciłam do swojego pokoju po drodze przyglądając się obrazom zawieszonym na ścianach
Westchnęłam ciężko przyglądając się biżuterii na moim wskazującym palcu. Pomyślałam o pierścionku zaręczynowym i do głowy od razu wpadł mi mój chłopak. Z Krisem nam się układało. I, o zgrozo, były momenty, w których cieszyłam się, że moich rodziców już nie ma. Na pewno nie pozwolili by mi się spotykać z moim chłopakiem, a przecież jego status społeczny wcale nie umniejsza jego osobowości. Jest niezwykle mądry, zabawny i nadzwyczaj zaradny. Jest.... idealny. Nawet jego kartoflowaty nos mi nie przeszkadza. Przewyższa mnie o głowę, i z chęcią staję na palcach, żeby pocałować go w usta. Kris jest niezwykły. Kocham go całą sobą.
     Spojrzałam przed siebie, wszędzie było ciemno pomimo odsłoniętych okien.
Och, nie mogłam doczekać się lata. Nasze królestwo jest wtedy takie piękne. Szczególnie lubiłam chodzić na targ i kupować milion kwiatów, żeby potem w pokoju od ich zapachu kręciło mi się w głowie. Tak czy siak uwielbiałam tą porę roku. Wszyscy chodzili na spacery, zakochani trzymali się za ręce i chodzili na plażę, a teraz? Teraz każdy owija się grubym szalikiem i jak najszybciej przemyka do sklepu przez ulicę, żeby nos mu zbytnio nie zmarzł.
     Doszłam do drzwi mojej komnaty i pchnęłam je mocno, żeby choć trochę się uchyliły. Zbyt silna nie byłam. Podeszłam wolno do łóżka i ciężko na nim usiadłam, a potem rozejrzałam się wokół. Zobaczyłam dwie kartki, ułożone jedna na drugiej, na mojej szafce nocnej. Najwyraźniej gdy wstawałam ich nie zauważyłam. Zaciekawiona wzięłam kartki do rąk i zaczęłam czytać zawartość tej na wierzchu.

Moja Droga, Kochana Anno
Wiem, że to będzie dla ciebie wielkie zaskoczenie, ale ja i Jack wyjechaliśmy. Nie powiem ci gdzie, bo chyba na razie sami nie wiemy. Wiem, że nie miałaś czasu się mną nacieszyć. Najpierw wybrali mnie na strażniczkę, potem Florence, teraz to. Chciałam cię za to przeprosić, bo nawet nie miałam okazji powiedzieć ci, jak bardzo cię kocham.

Łzy zaczęły zasłaniać mi widoczność

Jednak chcę, żebyś wiedziała, że zawsze chciałam dla ciebie jak najlepiej. Może nie byłam perfekcyjną siostrą, teraz zauważyłam, że byłam bardzo samolubna i nie poświęcałam ci wystarczająco dużo czasu. Teraz czuję się winna, ale nie chciałam tu zostawać. Ugrząznąć tu na całą wieczność. Chcę, żebyś to ty była królową. Jesteś młoda, ale czasem podejmujesz bardziej dojrzałe decyzje niż ja. Nie chcę cię obciążać, ale mam nadzieję, że nie będziesz miała mi tego za złe i zajmiesz się Arendelle jak należy. Pamiętaj, to ty tu rządzisz i nie mają prawa zmusić cie do małżeństwa ani podejmować za ciebie decyzji. Nie daj sobą rządzić, pokaż, kto włada krajem. Kriss będzie Cię wspierał.  Obiecuję, że jeszcze wiele razy mnie zobaczysz, ale nikt nie może wiedzieć, że ci to obiecałam. Rozumiesz? Nie martw się o mnie, niedługo się zobaczymy. Kocham Cię Anno, kocham Cię całym sercem i nigdy o tobie nie zapomnę.
PS. Druga kartka to list oficjalny, który możesz wszystkim pokazywać, ale tego nie pokazuj nikomu.
Elsa

Łzy spływały strumieniem po policzkach. Drżącą dłonią złapałam drugą kartkę i zaczęłam czytać jej treść.

Droga Anno
Chciałam Cię przeprosić, że nie pożegnałam się z Tobą osobiście. Ja i Jack wyjechaliśmy. Niestety nie mogę Ci zdradzić miejsca naszego pobytu. Nie wiem, czy kiedykolwiek się jeszcze zobaczymy. Wiem, że rzadko to ode mnie słyszałaś, ale kocham cię, kocham cie całym sercem i nigdy o Tobie nie zapomnę. Nie było mi łatwo pisać ten list, będę tęsknić. Chciałabym, żebyś to Ty objęła tron i wszelkie związane z władaniem królestwem obowiązki.
Kocham Cię, Anno.
Żegnaj.

PS. Powiedz North’owi, że będziemy dalej wykonywać swoje obowiązki.

Elsa


Zakryłam usta dłonią i wydałam z ust cichy szloch. Pogrążyłam się w płaczu. Ona wyjechała, moja siostra wyjechała...

Z perspektywy Irissy
     Byłam tak zła na tego debila, że postanowiłam iść na spacer do prawie gotowej już szklarni. Strażnicy natury (czyt. Aro) pomogli mi sprowadzić na północ odpowiednie gatunki owadów i ptaków, bez których niektóre rośliny nie były by w stanie funkcjonować.  W szklarni było więc słychać delikatny trzepot motylich skrzydeł i śpiew ptaków. Było przepięknie, zielono, a za szkłem pruszyły grube płaty śniegu. Wzięłam głęboki wdech. Ten debil jest w kimś zakochany. Ciekawe w kim... nieważne! Zepsuł mi bazę pod ważny eliksir i aż mnie nosi jak pomyślę, ze to przez tego idiotę. Zachciało mu się amorów! Mówiłam mu że jak eliksir się zabarwi to będzie do niczego, mógł wtedy wyjść! Ygh!!!
No już, Iri, uspokój się, będzie dobrze. Idź i zacznij od nowa, nie myśl o nim...
Chodziłam jeszcze jakieś 15 minut po ogrodzie po czym wróciłam do bazy. Modliłam się, żeby nie spotkać po drodze tego kochasia. Na szczęście doszłam do pokoju bez większych przeszkód i zaczęłam od nowa. Wylałam te paskudztwo z kociołka w kolorze landrynkowego różu i wlałam tam trochę wody. Dodawałam po kolei składniki, aż w końcu tak bardzo się w tym pogrążyłam, że przestałam sobie zajmować myśli tym kretynem. Znowu sięgnęłam po fiolkę z fioletowym płynem i dolałam go do kociołka, a eliksir pufnął lilową parą. Uśmiechnęłam się z satysfakcją i splotłam ręce na piersi. Mikstura pomału mieszała się w kociołku aż zaczęła niebezpiecznie bulgotać. Uśmiech zszedł mi z twarzy, patrzyłam zaskoczona na zawartość naczynia, która zaczęła przybierać różowy kolor. Gdybym była postacią z kreskówki, moja szczeka już dawno opadłaby na podłogę.
-Że co...?- wyszeptałam cicho i poczułam pieczenie na twarzy.
Jak to..? Przecież, przecież ja nie jestem zakochana... Nie zdążyłam się nad tym dobrze zastanowić, bo usłyszałam huk otwieranych drzwi. Do pokoju wkroczył Aro.
-Nie przejmuj się, przyszedłem tylko powiedzieć, że wszyscy jadą do Arendelle, chcesz jechać z nami?
-A co się stało? – zapytałam z mieszaniną emocji, od których miałam wrażenie, że zaraz wybuchnę.
-Nie wiem, Anna prosiła, żeby przyjechać. Pewnie coś z Elsą.

Z perspektywy Aro
-Dobrze, tylko poczekaj na mnie moment, szybko zmienię bluzkę, bo ta jest do niczego.
Blondynka wybiegła z pokoju do pomieszczenia obok, a ja na nią czekałem. Podszedłem do kociołka, który stał na stole i zobaczyłem w nim różowawą substancję. Myślałem, że Iri zaczęła już robić nową bazę, ale widocznie tak się zdenerwowała, że nawet nie wylała tej zepsutej.

Usłyszałem trzask zamykanych drzwi i wyszedłem z pomieszczenia. Niedaleko stała blondynka przebrana już w czarną bluzkę. Razem zbiegliśmy po schodach i udaliśmy się do garażu Northa. Byłem zaskoczony, że wszyscy pomieściliśmy się w jego saniach, ale z gorączkowego rozmyślania wyrwało mnie nagłe szarpnięcie, jakie towarzyszyło startowi takowego „pojazdu”.  Lecieliśmy dość krótko, bo Święty użył kuli, dzięki której szybko znaleźliśmy się na dziedzińcu w Arendelle. Weszliśmy do pałacu jak burza i ruszyliśmy w stronę sali tronowej, gdzie czekała na nas Anna. Przeszliśmy przez białe wrota, z North’em na czele, każdy podenerwowany zaistniałą sytuacją. W pomieszczeniu panowała cisza, jedynie odgłos kroków kilkunastu par nóg niósł się echem po ścianach.
-Elsa i Jack wyjechali – gdy byliśmy kilka metrów przed Anną po sali tronowej rozległ się jej dziewczęcy głos.
Wszyscy stanęli jak wryci. Byłem pewny, że każdy zadał sobie pytanie „jak to..?”. Ruda pokazała nam list, który napisała do niej Elsa tak, żeby każdy mógł zapoznać się z jego treścią.
-W końcu jeśli nadal będą zajmować się zimą, to mi nic do tego – North zakłopotany podrapał się po głowie- No, wracamy moi kochani.
Prawie każdy po kolei uścisnął Ankę i ruszyliśmy w podróż powrotną. Wszyscy poprosiliśmy Świętego, żebyśmy jechali normalną trasą, wtedy podróż potrwa kilka godzin, a nam nie śpieszyło się do domu.
-Więc wyjechali...- zaczęła Luna.
-Ciekawe, gdzie zamieszkają – odezwała się Crystal.
-Znając Jack’a będą się przeprowadzać co miesiąc – zaśmiałem się, a razem ze mną inni.
-W sumie... Dobrze, że będą szczęśliwi – zaczęła Pauline- tyle złego przeżyli, należy im się coś od życia. A skoro wyjechali razem to chyba w końcu znowu są w związku.
-Masz rację – odezwała się Liv – ważne, że im się jakoś ułożyło i zaczęli wszystko od nowa. Prawda? – dziewczyna odwróciła się w stronę Troy’a i uśmiechnęła się przez ramię.
Brunet kiwnął głową. Chyba coś pomiędzy nimi było, ale nie miałem czasu się nad tym zastanawiać. Gdy wszyscy rozgadali się już na dobre zastanawiałem się jak przeprosić siedzącą obok Iri, która właśnie rozmawiała żywo o czymś z Liv. Układałem sobie w głowie mnóstwo dialogów, ale wszystkie wydawały się tak samo głupie i puste. W końcu stwierdziłem, ze jak ma być to będzie.
-Iri.. – zacząłem spokojnie, teraz już nie ma odwrotu – Chciałbym z Tobą porozmawiać... – zerknąłem ukradkiem na Liv, a ona chyba zrozumiała i zaczęła zagadywać do siedzącej obok Luny i Zająca.
-Chciałem cię przeprosić za to, że zepsułem ci bazę pod eliksir, wiem, że dużo się nad tym napracowałaś i...
-Nie ma sprawy.
Zrobiłem wielkie oczy.
-A-ale jak to, przecież...
-Mówię, że nic się nie stało, nie potrzebnie na ciebie krzyknęłam, to ja powinnam przepraszać.
Nie wiedziałem co powiedzieć. Wszystko to była ewidentnie moja wina, czarno na białym, a ona chce mnie przepraszać??? Najpierw na mnie nakrzyczała, a teraz „nie ma sprawy”? Wiem, że pracowała nad tym kilka godzin i wprost nie mogłem uwierzyć, że tak po prostu mi to darowała. Doskonale wiedziałem, że to prze ze mnie eliksir się zabarwił, bo zdawałem sobie sprawę z faktu, że byłem zakochany. No, ale przebaczyła, powinienem się cieszyć, a nie zastanawiać dlaczego to zrobiła.
-Słuchaj, nie poszłabyś ze mną za tydzień...
-Gdzie?
-Na otwarcie ogrodu. Słyszałem, że organizacją tego ma zająć się Roszpunka, w takim razie będziesz wolna...
Dziewczyna chwilę patrzyła przed siebie, a jej twarz wykrzywił grymas zastanowienia, ale w końcu przeniosła wzrok na mnie.
-Bardzo chętnie – uśmiechnęła się.

Hej Moje Perełki!
Strasznie was przepraszam, że tak długo nie było rozdziału, ale jak już pewnie większość z was wie z okienka „postęp” byłam chora i nie miałam nawet siły podnieść się z łóżka. Chciałam Was tez przeprosić za to, że ten rozdział jest taki chaotyczny, ale dałam z siebie wszystko i nie byłam w stanie wykrzesać z siebie więcej. Jestem z tego strasznie niezadowolona i głupio mi, że musicie czytać takie okropieństwo, ale nie umiem już tego bardziej poprawić.
Trzymajcie się i do następnego!










piątek, 29 stycznia 2016

Rozdział LII: "Cicha = nieciekawa"

Ten rozdział chciałabym dedykować Paulinie :*
    
     Z perspektywy Luny
     Siedziałam właśnie na podłodze w swoim pokoju i porządkowałam ubrania w jednej z szafek, gdy ktoś zapukał do drzwi.
-Proszę – powiedziałam nie odrywając wzroku od wykonywanej pracy.
Dopiero gdy drzwi się uchyliły, o czym świadczyło lekkie skrzypnięcie, podniosłam wzrok. Do mojego pokoju cicho wślizgnęła się Roszpunka ubrana w szare legginsy i bordową bluzkę. Dziewczyna ostrożnie usiadła na łóżku.
-Jak się czujesz? – zapytała łagodnie po chwili ciszy.
-Dobrze.
-Na pewno? – strażniczka zaczęła miętolić kosmyk włosów. Zawsze tak robiła, gdy się denerwowała.
-Roszpunko, chcę o tym zapomnieć, okej? Mam już tego dosyć i wcale nie czuje jakiejś głębokiej goryczy. Chcę żyć tak jak dawniej – wycedziłam patrząc na nią groźnie.
-No dobrze...
Odetchnęłam z ulgą – dała mi spokój.
Wraz z rozstaniem moim i Jack’a zaczęłam mieć w pokoju dziesięć razy więcej gości niż zazwyczaj. Wszystkim nagle zachciało się mnie odwiedzać i pytać o samopoczucie. Fakt, to było miłe, ale gdy tylko choć na chwilę udało mi się zapomnieć o wszystkim co się stało ktoś przychodził z wizytą i wszystko psuł.
Westchnęłam.
-Jak ci idzie projektowanie ogrodu z Iri?
-Oh, super! – dziewczyna rozpromieniła się- Też od dawna chciałam urządzić ogród pod szkłem. Powoli planujemy całą przestrzeń uwzględniając potrzeby wszystkich strażników. Na środku będzie stała duża, ładna fontanna z czystą wodą. Szklarnia będzie miała 500 metrów długości i około 20 wysokości. Sprowadzimy też nieliczne gatunki owadów, bo niektóre rośliny nie mogę funkcjonować bez ich pomocy –kiwała lekko głową patrząc na ścianę nieobecnym wzrokiem i trzymając kosmyk włosów w dłoni- A ty masz jakieś specjalne życzenia? – zapytała po chwili jakby przypominając sobie o mojej obecności.
-Mmm... fajnie by było, gdybyście postawiły tam kilka ławeczek – uśmiechnęłam się.
-O, ekstra pomysł! Czemu ja na to nie wpadłam! Muszę o tym natychmiast powiedzieć Iri!
-No, leć już – poganiłam ją.
Cieszyłam się, że przyszła. Zawsze siała tyle pozytywizmu, że trudno było się nie uśmiechnąć.

        
           Z perspektywy Liv
    
     Po śniadaniu cały czas myślałam o tym chłopaku. Chciałam się dowiedzieć kim on w ogóle jest i jak ma na imię.
     Następnego dnia przed zejściem na śniadanie odpowiednio się ubrałam i uczesałam. Włosy związałam w kucyka wysoko na czubku głowy, a na szyi zawisł długi naszyjnik zakończony piórkami.
Jednak on się nie zjawił.
Byłam poirytowana i zbita z tropu. Jakbym się zgubiła gdzieś w mrocznej puszczy i straciła orientację.
      Wróciłam do pokoju i ułożyłam się wygodnie na łóżku. Zaraz potem zaczęłam skrobać coś w pamiętniku, za który służył brązowy zeszyt z misiem trzymającym serduszko. Nagle poczułam, że sucho mi w buzi. Niechętnie zwlokłam się z łóżka, żeby pójść do kuchni po coś do picia. Otworzyłam drzwi i ruszyłam do kuchni. Weszłam szybko do pomieszczenia, ale zatrzymałam się widząc brązową czuprynę należącą do kogoś siedzącego przy stole. Chłopak obejrzał się za siebie i uśmiechnął, a potem wrócił do poprzedniej pozycji.
-Nie było cię na śniadaniu... – zagadnęłam i podeszłam do blatu.
-Hej, też się cieszę, że cię widzę- odpowiedział zgryźliwie.
Rozzłościł mnie tą swoją arogancją i uśmieszkiem.
-Nie wiem nawet jak masz na imię więc nie widzę potrzeby witania się z tobą – powiedziałam wyniośle i nalałam sobie soku jabłkowego do szklanki.
-Jestem Troy, tylko przypominam ci moja piękna damo, że ja też nie wiem jak masz na imię.
Mówił z sensem, zrobiło mi się trochę głupio.
-Liv – powiedziałam po chwili ciszy i spuściłam wzrok.
-Livy? – upewnił się i schylił głowę próbując nawiązać jakikolwiek kontakt wzrokowy.
-Też – odpowiedziałam lakonicznie.
Przypatrywał mi się przez chwilę w ciszy. W końcu się otrząsnęłam, wzięłam szklankę i wyszłam z pomieszczenia kierując się do pokoju.     

         
          Z perspektywy Pauline
    
     W świecie jest pewien niewidzialny okrąg.
      I ja jestem na zewnątrz tego okręgu.

     Włożyłam zieloną, własnoręcznie wykonaną zakładkę na róg pożółkłej i chropowatej w dotyku strony książki. Spojrzałam przed siebie i wzięłam głęboki wdech. Odłożyłam powieść na szafkę nocną obok ledwie palącej się lampki, która była jedynym źródłem światła w pomieszczeniu. Rozprostowałam skrzyżowane dotąd nogi na fioletowej, pikowanej narzucie i przyjrzałam się im nieco. „Oh, i tak jestem brzydka...” – westchnęłam po paru sekundach w myślach i opadłam ciężko na poduszkę. Wgapiałam się w sufit i zazdrościłam tym wszystkim postaciom z bajek, po które przyjeżdżał książę, albo które „przypadkiem” wpadały w szkole na przystojnego chłopaka, który od razu się w nich zakochiwał. Zazdroszczę im tych słodkich rumieńców, bo ja jestem albo blada, albo czerwona. Nie ma nic po środku i nigdy nie będzie. Zazdrościłam im urokliwego uśmiechu i smukłych, ślicznych dłoni jak u porcelanowych lalek.
I mogłabym tak wymieniać w nieskończoność.
      Jeszcze przed tym gdy zostałam strażniczką nienawidziłam siebie jeszcze bardziej. Wszyscy wokół kogoś mieli, a ja zostałam sama jak palec choć nie wydawałam się sobie aż taka brzydka. Widziałam dużo mniej atrakcyjne dziewczyny, które nie mogły odpędzić się od chłopców. Może dlatego, że trzepotały im rzęsami przed oczami i siadały na kolana podczas gdy ja nigdy bym się do tego nie posunęła. I choć wiedziałam, że to nie była prawdziwa miłość to brakowało mi tego uczucia na tyle, że zadowoliłabym się i taką szczenięcą.
      Pomimo tego, że doskonale zdawałam sobie sprawę z faktu, że jestem po prostu introwertyczką nie mogłam oprzeć się poczuciu, że jestem dziwna. W końcu ja jako jedyna ciągle siedziałam cicho, nigdy nic nie mówiłam i na dodatek ciągle bazgrałam coś w zeszycie. Byłam dziwna, samotna i niegodna uwagi jakiejkolwiek osoby. Wydawałam się nie mieć własnego zdania i nic ciekawego do powiedzenia, chociaż w rzeczywistości to ja miałam najbardziej rozwinięty światopogląd wśród tych debili z mojej szkoły i więcej ciekawego do powiedzenia, niż mogliby sobie wyobrazić. Włączył im się chyba instynkt: „cicha = nieciekawa”.
     No, ale cóż.
     Na początku strasznie pragnęłam kontaktów z innymi ludźmi. Chciałam ich akceptacji i zrobiłabym wszystko, żebym od nich tak ową otrzymać. Oczywiście kilkanaście razy zbyt łatwo godziłam się na ich propozycje i albo wychodziłam na zbyt nakręconą, albo uznawali mnie za jeszcze większą dziwaczkę.
Super...
     Aż w końcu ludzie zaczęli mnie z wolna irytować. Zauważyłam, że dzielą się na jakieś dziwne stada, gdzie każdy członek musi mieć dokładnie taki sam światopogląd i takie samo zdanie na każdy temat jak reszta grupy.
Misja „Jak zostać członkiem szarej masy?” zaliczona na pięć plus.
Zastanawiałam się, dlaczego ludzie w kontaktach między sobą nie bazują na cechach, które ich różnią, tylko upodabniają. Wiadomo, że chodzi o wspólne tematy do rozmowy, ale jeśli się z kimś nie zgadzamy to tych tematów robi się dziesięć razy więcej niż gdyby było na odwrót. Po co więc odgrywać ciągle ten cały teatrzyk i udawać?
Rozmyślając nad tym tak długo stwierdziłam, że może chodzi o wyższą samoocenę i ogólnie lepsze samopoczucie w grupie. W końcu wszyscy widzą los tych „innych” i nie chcą przejść do trybu pustelnika.
     Ale gdyby każdy przestał udawać to ci „inni” w ogóle by nie istnieli. Spójrzmy na to logicznie. Gdybyśmy na siłę nie upodabniali się do siebie (co myślę, że robimy instynktownie i podświadomie) świat mógłby wyglądać całkiem inaczej. Ludzie nie byliby dyskryminowani za to, jakiego zespołu słuchają, czy jakiego koloru bluzkę założyli. Bo każdy jest inny! Czy nikt nie może tego zrozumieć? Przecież od dawna wiadomo, że ludzie są jak płatki śniegu. Na pierwszy rzut oka wszystkie takie same, ale jednak każdy różny. Będą co najwyżej dwa podobne, ale nie dwa identyczne.
     Drażniło mnie również to, że moi rówieśnicy nie potrafili dostrzegać pewnych pięknych rzeczy, od których ja popadałam w zachwyt. Zachód słońca jako ognistej, rozżarzonej kuli wpadającej do morza ognia nie wywoływał u nich żadnych emocji. Tak samo szron malujący piękne wzory na szybach czy zapach kwiatów latem. Wszystko było dla nich takie zwykłe i oczywiste. Wydawali mi się rozpieszczonymi dziećmi, które wciąż tylko narzekały. To tak jakby dziewczynka ubrana w piękną, różową sukieneczkę, uczesana w dwa warkoczyki stanęła na środku pokoju pełnego lalek i zaczęła płakać, że nie ma ani jednej z ustami w kolorze sino koperkowego różu.

     W każdym razie coraz bardziej oddalałam się od ludzi i ich głupich pomysłów. Najbardziej raziło mnie w nich to, że mogli patrzeć na cierpienie drugiej osoby i sami je wywoływali. Myśleli, że ich słowa nigdy nie bolały? Że to nie rani? Że to się nigdzie nie odbija? Jak można w ogóle w jakiś sposób urazić człowieka, powiedzieć mu coś niemiłego i żyć ze świadomością, że się go skrzywdziło? Dlaczego to wszystkim tak łatwo przychodzi? Nie mają w sobie empatii? Nie potrafią pomyśleć „hej, może to ją zabolało?”.
     Irytacja we mnie wciąż narastała i powoli celowo zaczęłam się odsuwać od społeczeństwa pogrążając się w tym czasie w lekturze czy rysowaniu. Coraz bardziej lubiłam zostawać ze samą sobą i nie czuć oddechu wszystkich na karku. Kiedy wracałam do domu byłam szczęśliwa, że w końcu mogę zaszyć się w swoim pokoju zdala od tych roześmianych, wymalowanych laleczek i emanujących pewnością siebie chłopaków. Miałam dosyć tego zadufania w sobie i 100 razy bardziej wolałabym mojego psa niż któregoś z moich kolegów choć w sumie pod względem instynktu i empatii bardziej przypominali zwierzęta.
     Z dnia na dzień upewniałam się w swoim twierdzeniu obserwując bacznie wszystkich dookoła. Wydawali mi się śmieszni, choć tak pewni siebie. Byli jak marionetki w czyichś rękach, wykonując to, co powiedziała im podświadomość. Byli nieustannymi więźniami swojego instynktu i nie potrafili sami myśleć. Chwalili się, że są wolni, ale tak naprawdę znajdowali się w ciasnym pomieszczeniu przesądów i dyktatur ze strony jakże okrutnego społeczeństwa.
     Nie mogłam w żaden sposób tego zmienić, więc od tego uciekałam i cieszyłam się zostając sam na sam ze swoimi myślami.
     Rozkoszowałam się samotnością i przynosiło mi to coraz więcej szczęścia. Mogłam w spokoju rozwijać swoje pasje i się realizować.

     I tak samo szybko, jak moje zadowolenie rosło, tak szybko opadło na samo dno, jak ciężki kamień wrzucony do jeziora.
     A potem masz wrażenie, że staczasz się coraz głębiej i głębiej. Twoja samotność już cię nie cieszy, a ci przeszkadza. Widzisz wiele cieni swojej poprzedniej decyzji – decyzji o odsunięciu się od społeczeństwa. Masz problem w odezwaniu się do kogokolwiek. Nawet tłum na ulicy zdaje się ciebie przytłaczać. Nie umiesz z nikim normalnie porozmawiać, niezręczna cisza aż piszczy ci w uszach. I tym sposobem tracisz kolejnego potencjalnego przyjaciela. Starasz się z całych sił, ale nie umiesz. Karcisz się w myślach. Chcesz zacząć od nowa, ale tchórzysz. Czasem zasypujesz kogoś gradem nieinteresujących go w ogóle informacji, a ten zaczyna traktować cię jak dziwaczkę. Widzisz to w jego oczach, czujesz jego dezorientację. Wycofujesz się. Boisz. Po kilku próbach w końcu uznajesz, że to nie ma sensu, że się poddajesz, że nikt cię nie rozumie i nie umiesz normalnie funkcjonować. Zamykasz się w sobie.
I zdajesz sobie sprawę, że brakuje ci ludzi, że chcesz mieć z nimi kontakt. Ale za późno. Już nie umiesz z nimi rozmawiać. Nawet nie wiesz kiedy utraciłeś tą umiejętność i starasz się sobie przypomnieć jakiś kulminacyjny moment tej historii. Ale wydaje ci się, że takiego nie było. „Przecież każdy dzień wyglądał tak samo...”. I powoli opadasz z sił, widzisz tylko złą stronę tej całej sytuacji. Obwiniasz się. Nie przestajesz o tym myśleć. Cisza zaczyna ci przeszkadzać. Zegar zdaje się tykać tak głośno. Popadasz w szaleństwo. Nie możesz wytrzymać z samą sobą. To cie przytłacza. Czujesz się bezsilna. Płaczesz. Nie chcesz wyjść z łóżka. Za dużo tego wszystkiego. Codziennie coraz bardziej zaczynasz wierzyć w to, że jesteś odmieńcem, że nie umiesz sobie radzić z emocjami, że ludzie cię przytłaczają. Zaczynasz to sobie nieświadomie wmawiać.
Wierzysz w to.
Jesteś tego pewna.
    
I tu kończy się granica introwersji. Tu zaczyna się melancholia i depresja...

     A potem, nachodzą cię dziwne myśli takie jak „Czy ktoś będzie za mną tęsknił jak umrę?” „Ile osób przyjdzie na mój pogrzeb?” i cała sterta innych, na które odpowiedzi mają poprzeć tezę, że nikomu nie jesteś potrzebny i dla nikogo nic nie znaczysz. Nabierasz tej pewności z dnia na dzień. Zdajesz się zmęczony, nie chcesz nigdzie wyjść. To wszystko cię przytłacza, przyciska cię do ziemi jakby leżał na tobie kilkutonowy głaz, którego nie możesz podnieść o własnych siłach. Wydeptujesz ścieżki w podłodze. Bezustannie patrzysz w okno, ranisz bliskich nie będąc tego świadoma. Czujesz, że zostałaś sama i jeszcze bardziej nienawidzisz ludzi za to, że nikt nie próbuje ci pomóc i wyciągnąć cię spod tego wielkiego głazu. To dla ciebie kolejny argument popierający twierdzenie, że dla nikogo nic nie znaczysz. Jesteś coraz głębiej, i głębiej. I zdajesz sobie sprawę, że między tobą a ludźmi jest jedna, wielka przepaść, której nie możesz przeskoczyć, a która poszerza się z każdym dniem. I z każdym dniem będzie trudniej wrócić. Dalej się zapadasz. Nie rozróżniasz dni. Wszystko zlewa się w
Jedną
Wielką
Szarą
Plamę, a ciebie wypełnia bezsilność.

     W końcu, któregoś dnia zdajesz sobie sprawę, że chciałabyś wrócić. Oglądasz zdjęcia. Uśmiechasz się. Chciałabyś, żeby było tak, jak dawniej.
Ale czujesz się jak dziecko we mgle, które zgubiło drogę do domu. Nie wiesz nawet w którą stronę mniej więcej iść. Gdzie jest północ. Nie wiesz od czego zacząć.
Będzie ciężko.
Ale dasz radę. Jesteś silna. Na świecie zawsze jest ktoś, dla kogo będziesz ważna.
Histeryzujesz. Przestań. Nie wmawiaj sobie rzeczy, które nie mają miejsca.
No już, zakasujemy rękawy.
Idziemy do szkoły i siadamy na przerwie w ławce obok wszystkich. Nie wyjmujemy telefonu, zeszytu ani niczego. Słuchaj i spróbuj się wtrącić. No już.
Znajdź kogoś podobnego do siebie.
Weź głęboki wdech. Będzie dobrze.
Czujesz, jak wraca w Ciebie życie? No, już do roboty. Będę przy Tobie.
Nie denerwuj się.

I tak, jakimś cudem, sama się z tego wygrzebałam. Znów byłam szczęśliwa i pełna pozytywizmu. Znów spojrzałam na świat tymi przepełnionymi zachwytem oczami.
I byłam wolna...
   

Hej moje perełki ♥
Czekam na wasze opinie co do rozdziału :*
     

     

wtorek, 26 stycznia 2016

Rozdział LI "Ty nic nie wiesz!"

     Szłam przez wąskie korytarze zamku, których ściany były pomalowane na odcienie fioletu, bordo i błękitu. Czarne, wysokie buty stukały o dokładnie wypolerowaną białą posadzkę, w której mogłam się przejrzeć. Na razie miałam jeden cel – podpisać ważne dokumenty. I starałam się myśleć tylko i wyłącznie o tym.
     Ale nie mogłam.
     Bo głowę zaprzątał mi pocałunek pełen czułości, której tak bardzo mi brakowało. Nie mogłam się powstrzymać i chętnie wpadłabym ponownie w objęcia białowłosego. Chciałam, żeby znów przeszył mnie dreszcz namiętności sprawiający, że nie będę mogła przestać. Miałam ochotę ponownie zanurzyć się w oceanie uczuć, którego fale będą mocno uderzały w moje delikatne ciało. Chciałam znów zatopić dłoń w jego lodowatych włosach i poczuć jego zimną rękę na moim biodrze. Pragnęłam całą sobą, żeby znów mnie całował i przycisnął mnie swoim umięśnionym ciałem.
Oddychałam ciężko. Moje serce tego chciało. Chciało namiętności z niewiadomych powodów. Ale głowa mówiła mi co innego.
Żeby przestać.
Żeby nad sobą panować....
     Dotarłam do błękitnych wrót mojego gabinetu i spojrzałam na biurko zasypane stertą dokumentów do podpisania. Westchnęłam głęboko i usiadłam wygodnie na ciemnym, bordowym fotelu. W powietrzu unosił się zapach starego papirusu, który, zwinięty i przewiązany wstążkami, był upchany na półkach zajmujących całą prawą ścianę. Chwyciłam do ręki pióro i, uważnie czytając każdą umowę, podpisywałam się w prawym dolnym rogu. Zdołałam odwrócić swoją uwagę od Jack’a, który na pewno był gdzieś w zamku. Bałam się, że do mnie przyjdzie i znów nie będę mogła nad sobą zapanować. Już i bez jego widoku po moim ciele rozlewało się ciepło, które domagało się, żeby ktoś mnie dotykał. Było mi ciężko na żołądku, oddechy stawały się coraz trudniejsze, jakby w moich płucach leżał ogromny głaz.
     W pokoju było cicho, ale uczucia, które domagały się zaspokojenia pulsowały tak głośno, że czułam się jakby przebiegało obok mnie stado koni. Kiedy podpisałam ostatni dokument odetchnęłam z ulgą i od razu podniosłam się z krzesła, ale zastygłam w bezruchu po wykonaniu pierwszego kroku. „Przecież on tam będzie”- pomyślałam i opadłam niechętnie na fotel zastanawiając się co mam zrobić. Może dać mu jasno do zrozumienia, że ma mnie zostawić? Ale czy ja na pewno tego chcę...? Miałam ochotę zatopić się w jego objęciach i pozwolić się całować, ale nie mogłam. Jasper powiedział, żebym była szczęśliwa, kogoś sobie znalazła... Ale na pewno nie kilkanaście tygodni po jego śmierci! Nie mogę go zdradzić, nie wybaczę sobie tego.

Z perspektywy Liv
     Po incydencie z tym chłopakiem wróciłam do pokoju, zmyłam lakier na paznokciach serdecznego oraz małego palca i zaczęłam je malować od nowa.
     Ciekawe skąd ten chłopak w ogóle się tu wziął, nigdy wcześniej go nie widziałam. Może jest tu tylko przelotnie i więcej go nie zobaczę, a może mi będzie uprzykrzał życie każdego dnia. W każdym razie nie zrobił na mnie zbyt dobrego wrażenia...
    
      Otworzyłam powoli oczy na siłę przyzwyczajając źrenice do panującego w całym pomieszczeniu światła. Odrzuciłam miękką kołdrę na bok i usiadłam na krawędzi łóżka. Spojrzałam niemo na swoje paznokcie i uśmiechnęłam się widząc efekt swojej wczorajszej pracy. Zwlokłam się z łóżka w lepszym już humorze i zeszłam w za dużym, kremowym swetrze narzuconym na pidżamy do jadalni. Włosy miałam byle jak związane gumką i odgarniałam je tylko co jakiś czas do tyłu nie zwracając uwagi na to, jak się ułożą. Odsunęłam niedbale jasne krzesło i usiadłam przy stole nalewając sobie kawy do kubka. Podparłam blady policzek pięścią zawiniętą w rękaw swetra i próbowałam się rozbudzić. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, większość z nas przychodziła tak na śniadanie.
- No, no, no... nasza złośnica się nie wyspała?
Usłyszałam żartobliwy, męski głos. Odwróciłam gwałtownie głowę w lewą stronę i od razu się rozbudziłam. Znowu ten brunet. Spojrzałam na niego z uwagą. Jego twarz nie wyrażała złośliwości, z jaką ludzie często sobie dogryzają. Jej wyraz był łagodny, miły i ciepły.
-Nie powinno cię to interesować...- mruknęłam pod nosem zła na siebie, że nie ubrałam się bardziej adekwatnie.
Chłopak zaśmiał się pod nosem.
-Nie denerwuj się. Złość piękności szkodzi...
-Nie ma już czemu zaszkodzić – znów mruknęłam sama do siebie.
Brunet wstał i oparł się o krzesło.
-Nie wydaje mi się. – puścił do mnie oczko i udał się w kierunku salonu.
To było... miłe. Nawet bardzo. Westchnęłam ciężko. To jakieś nienormalne...

Z perspektywy Pauline
     Po Świętach Bożego narodzenia wszystko się zmieniło... Najpierw zniknęła Elsa, a potem Jack. I doskonale pamiętam dzień, gdy oznajmił nam wszystkim, że jedzie do Arendelle. Postanowiliśmy się nie wtrącać, siedzieć cicho i tylko obserwować.
     Luna nikomu nie chciała powiedzieć w jakich okolicznościach rozstała się z białowłosym. To był dla nas szok: Jak to? Jack jest z Luną, a jedzie do Elsy? Ale dopiero potem blondynka wyjaśniła nam, że się rozstali. Czy powodem tego rozstania była Elsa? Nikomu nie chcieli powiedzieć. Jack nigdy nie wywlekał spraw osobistych na wierzch. Wychodził albo zamykał się w pokoju, ale nigdy nikomu się nie zwierzał ani nie okazywał emocji. Po prostu wstawał i szedł, a potem udawał, że wszystko było dobrze.
      Jack i Luna zachowali to dla siebie. Myślę, że odstawili pudełko z tym doświadczeniem na najwyższą, najdalszą półkę...
      W każdym razie: słuch po Elsie i białowłosym zaginął. Spodziewaliśmy się, że nazajutrz Jack wróci z królową na północ. Ale mijały dni... a potem tydzień... dwa... i zaczęliśmy żyć z wolna tak, jakby w ogóle ich nie było. Dni stały się szare, jednolite, zlewające się w jedną, wielką, szarą plamę. I wszyscy ucichli. Po prostu.
Każdy zamykał się w swoim pokoju i myślał. Tak, to był czas rozmyśleń. Słychać było tylko tykanie zegara przecinające jak nóż napiętą atmosferę. I nic nie wskazywało na to, że coś się zmieni....

Z perspektywy Elsy
     Postanowiłam jednak wrócić do komnaty. Szłam wolno z każdym krokiem bardziej bojąc się kogo spotkam pod drzwiami. Serce podchodziło mi do gardła. Oddech szaleńczo przyśpieszył. Dłonie splotłam, żeby tak mocno się nie trzęsły. Po plecach przeszedł zimny dreszcz. Ostatni zakręt, głęboki wdech... Dasz radę Elso... Zrobiłam kilka kroków i... nikogo nie było. Pusty korytarz. Ściągnęłam brwi. Odszedł...? Miał już tego dosyć...? Nie zważając na tysiące pytań, jakie pojawiły się w mojej głowie wślizgnęłam się do swojego pokoju. To koniec...? Wolnym krokiem wyszłam na balkon. Oparłam blade dłonie na przyprószonej śniegiem barierce i rozejrzałam się po okolicy.
     Cisza... Ani żywej duszy.
     Nagle usłyszałam świst wiatru. Odwróciłam się gwałtownie w jego stronę i ujrzałam Jack’a.
-Co ty tu robisz? – nie mogłam zadać głupszego pytania, ale zorientowałam się o tym dopiero wtedy, gdy słowa wypłynęły z moich ust.
-Chyba zapomniałaś, że ja też wychodzę na powietrze gdy mi ciężko.
Wzięłam głęboki wdech i ponownie sie odwróciłam. Obserwowałam uważnie szare niebo, z którego zaczął pruszyć śnieg.
-Elso...? Jestem już tym zmęczony. Ty na pewno też. To trudne... I wydaję mi się, że wiem, dlaczego nie chcesz ze mną być.
-Ty nic nie wiesz! – oczy mi się zeszkliły, a głos załamał.
-Wiem więcej niż ty. Tobie się tylko wydaje, że mniej. Ale proszę. – białowłosy grzebał chwilę w kieszeni bluzy, a po chwili wyjął z niej kartkę papieru złożoną na kilka części. Trzymając w dłoni owy przedmiot wyciągnął przed siebie rękę, żeby mi go dać.
-Co to? – zapytałam zdezorientowana.
-Weź, to się dowiesz...
Złapałam delikatnie kartkę papieru i zaczęłam ją rozkładać patrząc co chwila na chłopaka. Moim oczom ukazało się pochyłe, ładne pismo, które doskonale znałam.
-Jasper...- wyszeptałam.

Jack, wiem, że ona Cię kocha. Zaopiekuj się nią. Chcę, żeby była szczęśliwa...

Zakryłam usta dłonią. W moich oczach zebrały się łzy, patrzyłam gdzieś niewidzącym wzrokiem. Więc on... wiedział? Upadłam na kolana. Przecież kiedy byłam z Jasper’em w ogóle nie myślałam o Jack’u. Skąd on mógł wiedzieć, co do niego czułam? Oh, jestem okrutna! Jasper żył ze świadomością, że tak naprawdę jego ukochana darzy uczuciem innego. I wiedział to szybciej niż ja, bo zdałam sobie z tego sprawę dopiero po jego śmierci.
Upuściłam kartkę i zaczęłam rzewnie płakać. Jestem kimś tak okrutnym, a Jasper dalej mnie kochał. Nie zasługiwałam na niego. On był dla mnie taki dobry... Jak mogłam tak żyć? Nieświadomie go raniąc. Nieświadomie pragnąc kogoś innego. Oh! Jestem kimś, kto nie zasługuje na niczyją miłość! Nie powinnam w ogóle istnieć! Niszczę wszystko, co jest dla mnie ważne! Jestem jak tykająca bomba. Stworzona do destrukcji. Stale tylko myślę o sobie. Jasper, Jasper... Błagam, wróć! Byłeś dla mnie taki dobry... Przepraszam, że tak cię raniłam!
-Wybacz mi... – wydukałam szlochając.
Łzy zasłaniały mi widoczność, spadały kropla po kropli na śnieg tworząc na nim nieregularne plamy. Cała się trzęsłam od napływu emocji. W głowie szumiało mi tyle myśli, tyle pytań, na które w ciągu ułamka sekundy odpowiadałam.
Nagle poczułam, że Jack bierze mnie na ręce.
-Już dobrze, już po wszystkim... – szeptał mi do ucha.
Opadałam powoli z sił, ułożyłam głowę na jego ramieniu i zasnęłam...

     Obudziłam się przykryta do połowy białą kołdrą. Obok siebie dostrzegłam fragment oszronionej, granatowej bluzy. Szybko uniosłam głowę. Jack leżał nieco wyżej niż ja i trzymał rękę nad moją głową. Chwilę mu się przypatrywałam.
-Kocham cię Jack...- mój głos się załamał.
Przymknęłam powieki, spod których wypłynął strumień ciepłych łez i wtuliłam się mocno w białowłosego.
-Wiem Elso... Ja ciebie też... – chłopak gładził mnie po plecach.
Czułam ukojenie, jakby ból i cierpienie ulatywały razem z łzami. Ulga zaczęła mnie wypełniać, jak gdyby skończyła się właśnie wielka bitwa o moje szczęście, w której sama byłam sobie wrogiem.
Nie wiem ile tak leżałam. Zasypiałam co jakiś czas, a potem budziłam się i na nowo płakałam.
Aż w końcu. Obudziłam się w nocy. Srebrne światło księżyca wpadało do sypialni przez duże okna. I  brakło mi już łez. Byłam szczęśliwa. Uśmiechnęłam się delikatnie. Czułam się wolna, jak ptak szybujący w przestworzach. Spojrzałam na twarz Jack’a. Spodziewałam się, że będzie miał zamknięte oczy i będzie pogrążony w głębokim śnie, ale on mierzył mnie łagodnie swoimi błękitnymi tęczówkami i uśmiechał się lekko. Jego oczy były jak niebo pełne gwiazd. Lśniły w nich małe diamenty, a brzegi wypełniał granat niekiedy wylewający się nieco w stronę źrenicy. Lekko zbliżyłam się do chłopaka i złączyłam z nim usta. Białowłosy mocno objął mnie w talii i przycisnął do siebie. Poczułam ciepło.
-Elso. Kochaj się ze mną... – twarz chłopaka znajdowała się kilka centymetrów od mojej.
-Jack... ja mam 17 lat...
-I co? Brzydzisz się z takim starcem jak ja?
Zaśmiałam się chwilę, ale potem znów przybrałam poważną minę wykrzywianą co jakiś czas przez grymas uśmiechu.
-Nie o to chodzi... Jestem za młoda...
-Mi nie przeszkadza... – chłopak już chciał pocałować mnie w szyję, ale położyłam dłoń na jego policzku.
-Wiem, ale ja nie jestem gotowa. Mamy jeszcze całą wieczność...- spojrzałam na niego błagalnie.
-Zgoda- Jack mocno przycisnął mnie do siebie, a ja wtuliłam się w niego jeszcze bardziej.
Lubiłam, gdy byliśmy tak blisko. Czułam się wtedy wyjątkowo bezpiecznie.
Nastąpiła kojąca cisza. Byłam pewna, że go kocham. I nie chciałam przeżyć kolejnych 100 lat z kimś innym, niż on...
     Obudziłam się niemalże pewna, że miałam piękny sen. A potem okazało się, że mój sen leży obok mnie. Jego klatka piersiowa miarowo się podnosiła. Wstałam delikatnie, żeby go nie obudzić. Na pewno był bardzo zmęczony. Poszłam do łazienki i spięłam ładnie włosy. Założyłam błękitną sukienkę na grube ramiączka i pomalowałam usta jasną szminką. W tym czasie Jack zdążył się obudzić. Uniósł powoli powieki i spojrzał na miejsce, gdzie wcześniej leżałam. Natychmiast rozszerzył oczy, podniósł się i zaczął nerwowo rozglądać się po pokoju, aż w końcu napotkał na mnie. Stałam oparta o framugę drzwi prowadzących do łazienki i uśmiechałam się pod nosem.
-O boże... – przeczesał dłonią włosy – już myślałem, że znowu uciekłaś. – padł ciężko na materac.
Zaśmiałam się zasłaniając usta dłonią. Nie wiem nawet dlaczego to zrobiłam. Zdałam sobie sprawę, jak psychika chłopaka ucierpiała przeze mnie. I zrobiło mi się przykro, choć postanowiłam tego nie pokazać. Podeszłam do łóżka i oparłam dłonie na materacu. Cmoknęłam chłopaka w policzek.
-Nigdy więcej- powiedziałam podnosząc się.
-Elso...- Jack nagle spoważniał.
Podszedł do mnie i ujął moje dłonie.
-Chodź, na balkon. A ja zaraz przyjdę, dobrze?- zapytał pochylając głowę nieco w dół.
-No dobrze... – przytaknęłam nie wiedząc o co chodzi.
Białowłosy wyszedł z pokoju, a ja, tak jak stałam, zakładając na nogi tylko białe buty, wyszłam na pokryty śniegiem ogromny balkon. Arktyczne powietrze wypełniło moje płuca. Przystałam obserwując okolicę. Z małych kominów ulatywał szary dym. W małych okienkach domków jednorodzinnych paliło się jasne, ciepłe światło. Nagie gałęzie wysokich drzew przykryła warstwa puchu. Co jakiś czas ktoś na chwilę wystawił nos na zewnątrz, ale natychmiast go chował. Było lodowato. Czarny kruk zakrakał na horyzoncie zwracając na siebie uwagę, ale nic więcej. Żadnego śmiechu, żadnych rozmów. Tylko głucha, pusta, zimowa cisza...
Nagle usłyszałam trzask zamykanych drzwi, odwróciłam głowę w stronę źródła dźwięku. Na balkon wyszedł Jack z srebrną tacą w ręku. Na biało-sinym stoliku na cieniutkich, krętych nogach przysypanym śniegiem chłopak postawił dzbanek z herbatą i dwie filiżanki z niemiłosiernie parującym napojem. Chwilę potem obok stolika pojawiły się dwa krzesła w barokowym stylu. Zajęłam miejsce, Jack usiadł naprzeciwko. Złapałam za drobne, zawijane ucho malowanej ręcznie filiżanki i upiłam łyk ciepłej cieszy. Popatrzyłam chwilę w dal i przymknęłam oczy. Czułam spokój. Pierwszy raz w życiu byłam naprawdę szczęśliwa.
    Cała ta sytuacja musiała naprawdę dziwnie wyglądać. – 20 na dworze, a królowa i strażnik siedzą bez żadnych płaszczy na balkonie, przy stoliku, popijając spokojnie herbatę.

-Elso, przez całą noc myślałem. Zastanawiałem się, jak teraz będzie. Rozważałem wszystkie możliwości. Tyle przeszliśmy... Stałem się słaby, jak starzec. Ja... nie mam siły tam wracać. Znów narażać się na to wszystko. Chciałbym zaszyć się gdzieś w spokoju i codziennie budzić się z błogim spokojem, a nie – obawą, co się dzisiaj stanie. Chciałbym chodzić na długie spacery i wygrzewać się gdzieś na kocu w blasku słońca. Brak mi sił... –Jack zrobił kilkusekundową przerwę -Kocham tylko ciebie – chłopak głęboko spojrzał mi w oczy – i chcę żyć tylko z Tobą. Tylko... – zapadła cisza. Serce biło mi coraz szybciej. Nie miałam pojęcia co przyszło mu na myśl, co chce zrobić. Aż reszcie z ust białowłosego wypłynęły słowa poprzedzone głębokim wdechem – Elso... wyjedźmy stąd...



Hej Moje Perełki!
Spodziewałyście się takiego obrotu spraw? Zaskoczone?
Mam nadzieję, że rozdział się spodobał ^^
Mam teraz ferie, więc dwa kolejne rozdziały pojawią się maks tydzień po tygodniu (tak myślę, a jeśli nie, dam wam znać w okienku "Postęp", tam są wszystkie informacje na bieżąco z mojej pracy)

Chciałam wam serdecznie podziękować za tak rekordową ilość komentarzy pod ostatnim postem. Wszystkie były piękne i gdy je czytałam - zbierały mi się łzy w oczach. Pomyślałam sobie, że nie mogę Was zawieść, ale cały pokład weny wykorzystałam chyba na poprzedni rozdział. Muszę kumulować od nowa xd  Mam nadzieję, że ten rozdział nie jest taki masakryczny, za jakiego go uważam i obiecuję, że dam z siebie wszystko.
Mam wspaniałe czytelniczki ♥
Pozdrawiam bardzo, bardzo ciepło!